Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 kwietnia 2014

April Lovers

Wiem, że nawet nie ma połowy kwietnia, ale te rzeczy, które nazwałam swoimi 'kochankami' w pełni zasługują na uznanie i rozgłos. Na marzec też byłoby nie fair o nich pisać, bo korzystam z tych gadżetów od niedawna. Jeśli jesteście ciekawe co tam mnie w tym miesiącu zachwyciło, keep reading.




Psik-psik-psikadełko. Glisskur produkuje wiele odżywek w spray'u, które ratowały mi nie raz tyłek (tzn. moim włosom). Poprzednio miałam wersję z płynnym jedwabiem, ta jest po prostu regenerująca. Obie działają podobnie- włosy są bardziej miękkie, łatwiejsze w rozczesywaniu. Niestety widać (a przecież to końcówki!), że lekko przetłuszcza. Można mu to wybaczyć za działanie zbawienne, bo miałam na głowie największe siano ever... ;/


Swego czasu miałam problem z podkładem od Golden Rose, który wysuszył mi skórę w okolicach oczu. Długo szukałam kremu, który by zaradził efektowi suchych skórek, aż natrafiłam na AA Pielęgnacja Młodości. Krem stosujemy na dzień, jak i na noc. Nie wpływa na wytwarzanie dodatkowego filmu na skórze, ładnie pachnie, a zaraz po aplikacji miałam wrażenie, że lekko piecze (bardzo lekko, prawie niewyczuwalnie- nie wiem, czy to reakcja alergiczna, czy nie). 


O tym podkładzie czytałam dużo i na wielu blogach. Nie mogłam się przełamać, bo widząc napis 'matte' byłam pewna, że to kolejny podkład z serii 'świecę się jak psu jaja'. Przełamałam się i nie żałuje mimo, że nie osiągam tym podkładem efektu matu. Co więcej nie przejmuję się tym, nawet nie nakładam na niego pudru. Wszystko to dzięki kremowej konsystencji, która zapewnia idealne pokrycie wszelkich niedoskonałości- a przecież o to mi chodziło. Całkiem możliwe, że znalazłam swój podkład idealny :)


The last, but not the least, czyli Tangle Teezer i u mnie :) Nie widzę sensu, by pisać o tej magicznej szczotce osobny post. Nabyłam ją na allegro dokładnie na stronie o tym linku KLIK w wersji kompaktowej, różowej. Oczywistym jest, że już jest moją ulubienicą. Czesze włosy idealnie, wyrywa, ale mało no i rozprowadza naturalny łój po całych włosach, zatem świecą się one naturalnie. Coś czuję, że nie będę potrzebować już odżywek :)

A na deser mam dla Was muzykę, bo dawno nic nie podrzucałam. Łapcie:

Jeżeli nie utożsamiam się z jego bólem, to wiem, że coś jest ze mną nie tak. Może gdybym poznała James'a osobiście wiedziałabym co tak bardzo go boli. Niesamowity depresant, jeżeli lubisz sobie posłuchać muzyki, żeby się jeszcze bardziej dobić, to tutaj idealnie trafiłeś/aś. 


Piotra znać powinni wszyscy z zespołu Coma. Nie przekonuje mnie do siebie utworami tego zespołu, jednak w tym karmelovym utworze jak najbardziej :) 


Któraś bloggerka kiedyś napisała, że gwałci riplay na tej piosence, więc włączyłam z ciekawości. Birdy to jedna z moich ulubionych wokalistek młodego pokolenia, ale tą piosenką po prostu zmiażdżyła wszystko. Mistrzostwo. Za głos, za tekst. 

Trzymajcie się ciepło w te zimne dni, pa!

P.S. Dziękuję za ponad 50 obserwatorów i prawie 12 tysięcy wyświetleń :)

środa, 19 lutego 2014

I ♥ READING

Cześć kochani!
I ponownie przepraszam za tak rzadko dodawane posty. Niestety matura się zbliża i prawdopodobnie wiele osób z tego powodu blogowanie by zawiesiło. Ja jednak się nie poddaję, bo skoro mam czas na facebooka, to równie dobrze mogę pisać posty :)

Książki, książeczki, książunie... Nie ważne jak zwał, ważne, że uwielbiam czytać. Ubóstwiam to pod każdym względem, o ile jest to w postaci książki, a nie strony www czy ebook'a. I w przeciwieństwie do typowych nastolatek (np. moich koleżanek z klasy) totalnie nie kręcą mnie romansidła, bo idzie przy nich usnąć- a nie o to mi chodzi. Za to bardzo lubię kryminały i książki, gdzie dzieje się dużo, a czytelnik wie niewiele i musi się większości domyślać, żeby na koniec powiedzieć sobie "Wiedziałam!" :) 

Z tejże okazji, że bardzo lubię tę czynność wykonywać, zdecydowałam się na krótką listę książek, które przeczytałam w ostatnim czasie. Wśród nich znajdują się głównie kryminały, ale jest też jeden horror i jedna książka, której gatunku po prostu określić nie potrafię (domyślicie się która :)) 


Camilla Läckberg Księżniczka z lodu

Zaczynając od autorki, która nie dość, że urodą nie grzeszy, to jest jedną z lepszych pisarek kryminałów w Szwecji. Szybko zdobyła uznanie na całym świecie. Księżniczka z lodu to książka, która zaskakiwała mnie i wciągała z każdym nowym zdaniem. W skrócie: Erika powraca do Fjalbacki, gdzie dowiaduje się o śmierci swej przyjaciółki z dzieciństwa- Alex. Śmierć dziewczyny nie daje jej spokoju i wraz z miejscowym policjantem postanawia dokonać śledztwa w sprawie morderstwa znajomej.


Erica Spindler Krwawe wino

Na wstępie muszę orzec, iż książkę tą czytało mi się ciężko (z początku). Później, jak domyśleć się można, przeczytałam ją w mgnieniu oka. Jest to kolejny kryminał, który wpadł mi w ręce w prezencie. Opowiada historię Alexandry, której śnią się dość nietypowe rzeczy i kiedy jej matka popełnia samobójstwo, dziewczyna odkrywa, że sceny, o których śniła, to tak naprawdę obrazy z przeszłości. Tytuł książki jest ściśle powiązany z wydarzeniami dawnymi, kiedy mama Alex była w jej wieku.


Susan Hill Kobieta w czerni

To jest jedyny horror, który zobaczycie na mojej liście. Nie lubię horrorów, ale ta książka wciągnęła mnie zdecydowanie za szybko i nawet nie zdążyłam przetworzyć tych obrazów, które mogłyby śnić mi się po nocach. Anyway, Arthur Kipps to notariusz, który jedzie na pogrzeb właścicielki domu na Węgorzowych Moczarach. Wszystko wydawałoby się całkiem w porządku, gdyby nie ukazała mu się kobieta w czarnej sukience. Zupełnie nieświadomy wydarzeń z przeszłości bohater odwiedza opuszczony dom i okoliczne bagna by wkrótce dowiedzieć się, czego symbolem jest objawienie kobiety w czerni.



J.K. Rowling Harry Potter i insygnia śmierci

I niech mi ktoś powie, że nie wie kto to Harry Potter. O nim słyszeli wszyscy i jestem tego pewna w 100%! Insygnia śmierci to ostatnia i jedyna część, jaką przeczytałam- pozostałe, rzecz jasna obejrzałam w kinie. Nie żałuję, że przeczytałam tę książkę (ze trzy razy) i później obejrzałam film, bo miałam porównanie i wiedziałam, czego zabrakło, a co dodano w filmie. Jednak polecam mimo wszystko najpierw czytanie książek, później oglądanie ekranizacji- na pewno nie odwrotnie :)


E.L. James Pięćdziesiąt twarzy Greya

Ta książka nie potrzebuje większego przedstawienia. Ta książka jest wszystkim (albo większości) w pełni znana, lub chociaż o niej słyszano. Anastasia Steele poznaje Christiana Greya podczas wywiadu, który przeprowadza w zastępstwie za swą przyjaciółkę. Wkrótce pomiędzy dwojgiem bohaterów powstaje romans, który w kolejnych etapach przekształca się w listę obowiązków oraz zakazów i nakazów. Czy coś pominęłam? Oh, tak- pan Grey to erotoman, który ma obsesję na punkcie ogólnej kontroli i podporządkowania. To chyba tyle, a kto nie czytał, niech czyta czym prędzej- niektóre opisy scen przyprawiają o przyjemne dreszcze :)


Listy miłosne

Specjalnie nie podałam autora, bo autorów widać na okładce, a jako, że jest ich dość sporo, to nie warto to przepisywać. Tak jak tytuł mówi są to listy miłosne, ale nie takie typowe, bo to listy np. od wiernej słuchaczki do ukochanego muzyka/śpiewaka. Nic więcej nie powiem, bo już zwyczajnie zapomniałam jaka jest jej treść. Wiem jednak, że warto ją przeczytać, bo czasem cudze uczucia pomagają nas naprowadzić na nasze własne.

A Wy? Co lubicie poczytać? Macie jakieś swoje ulubione książki? A może wolicie filmy i ekranizacje?
Dajcie znać! Buźka! :*


sobota, 8 lutego 2014

Nowości kosmetycznych kilka

Hej, hej, hej!
Właśnie znalazłam kilka chwil dla siebie, gdyż ostatnio jestem bardzo zabiegana, dlatego postanowiłam dodać coś o kosmetykach, które miałam okazję kupić ostatnio. Część z nich już wypróbowałam, części jeszcze nie miałam okazji, ale może ktoś z Was miał i będzie mógł się wypowiedzieć: warto, czy nie? :)
Wybaczcie jakość zdjęć, ale jak zawsze robiłam je cegłą (ehehheeh). Starałam się, jak mogłam, żeby poprawić widoczność, zatem mam nadzieję, że wszystko jest OK!


Bielenda - masełko do ust
Nie będę ukrywać- do zakupu przekonało mnie pudełeczko. Czyż nie jest urocze? ♥ Do wyboru miałam słynne masełka Nivei i Carmex, jak widać moc różu nade mną zapanowała. Nie mogłam się doczekać i zaraz po wyjściu z Rossmann'a praktycznie rozszarpałam pudełko by sprawdzić, czy faktycznie pachnie soczystą maliną. Jakie było moje (pozytywne) zaskoczenie, kiedy poczułam zapach mojej ulubionej MALINOWEJ MAMBY! Dlatego jeżeli uwielbiacie Mambę i uwielbiacie malinę, to jazda do Ross'a!




Joanna Naturia - peeling myjący
Wielokrotnie czytałam o tym peelingu na blogach, miało go też wiele koleżanek, ale jakoś nigdy nie byłam nim zainteresowana na tyle, by lecieć do sklepu i wykupić cały asortyment(tego peelingu rzecz jasna). I dnia pewnego wchodzę do Biedronki w celu nabycia kilku produktów spożywczych, gdy w oczy rzuciło mi się duże, kolorowe pudło. Sprężystym krokiem ruszyłam w jego stronę, a gdy ujrzałam zawartość, serce me zabiło po dwu kroć szybciej. Rządkami ustawione, o barwach przeróżnych, stały odwrócone w moją stronę i wołały ' Kup mnie! '- jak mogłabym odmówić? Dobra, wiem, przesadziłam z tą historią niczym ze 'Zmierzchu', po prostu obudziła się we mnie wena twórcza- cóż poradzę? Ale do rzeczy- peeling dobrze złuszcza martwy naskórek (miałam okazję przetestować) i pachnie przepięknie: słodką truskawką zerwaną prosto z krzaczka :) Niestety zapach nie utrzymuje się na skórze ( a dios mio, por que?)



Syoss - odżywka do włosów
Z tą firmą miałam styczność nie raz, nie dwa. Zawsze były to produkty w 'komplecie', czyli szampon+odżywka. Ten kupiłam solo i mam nadzieję, że będzie ok.



Golden Rose - puder
Jeden z niewielu, który mnie nie uczula. No cóż, nie wiem co takiego jest w składzie produktów GR, ale ja i moja mama mamy ZAWSZE różnego rodzaju uczulenia (nie mówię o lakierach do paznokci- rzecz jasna). Cieszę się więc, że ten mnie nie uczula tym bardziej, że uwielbiam jego konsystencję. Jest w postaci mocno zbitego kremu, którego nie nałożymy pędzlem czy palcami- aplikacja udaje się tylko dołączoną gąbeczką, którą należy zwilżyć krótko przed użyciem. Jest to jedyny puder, który kryje moje niedoskonałości prawie całkowicie, jednak nałożenie jego nieco grubszej warstwy może zakończyć się efektem MEGA maski...



Hean - szminka
Miałam okazję przetestować ją wiele razy i zawsze byłam zadowolona. Ponad to moja mama również używa tych pomadek i jeszcze nigdy nie narzekała. Usta są zawsze nawilżone, jakby po użyciu masełka do ust (podobna konsystencja), a bez jedzenia i picia, spokojnie wytrzymuje 2,3 godziny i nie ściera się.


To tyle z moich nowości w ostatnich dniach. A wy? Miałyście już któreś z tych kosmetyków? Let me know! :)
Buźka!



wtorek, 4 lutego 2014

Recenzjalnie 2

Heeej, cześć i czołem! (kluchy z rosołem)

Na początek wrzucam nutkę, którą znalazł mój M. i jesteśmy w niej zakochani!  ♥
A teraz do rzeczy...
Jak większość z Was wie (lub kojarzy), jestem MEGA KINOMANIACZKĄ. Potrafię leżeć całe dnie i oglądać wszelakie filmy, od komedii po romanse, biografie i thrillery. Jedyny gatunek, którego nie trawię, to horrory. Mój mózg łatwo jest, przepraszam za określenie 'przemielić' - właśnie dlatego po obejrzeniu horrorów nie wiem, czy bezpieczniej jest pod łóżkiem, na łóżku, czy w łazience - tak paniczny jest mój strach, zwłaszcza przed istotami nad naturalnymi (ale tylko duchami, bo jakoś wampirów i czarownic nie boję się nic, a nic).
Dzisiaj część druga moich recenzji różnych filmów, których miałam okazję obejrzeć ostatnio. Zapraszam do lektury i podejdźcie do tego z rezerwą, gdyż są to tylko moje uczucia, a u Was mogą być całkiem odwrotne.


Muza i Meduza

Recenzja:

Historia niejakiego Nate'a, który nie potrafił znaleźć miłości. Przekonany o tym, że jego wybranką jest koleżanka z lat szkolnych Christabelle, postanawia ją odszukać. Z pomocą kolegi z ławki odnajduje ukochaną i budzi się miedzy nimi uczucie - bynajmniej tak by się mogło wydawać. Wtedy okazuje się, że 'muza' wciąż koleguje się z 'meduzą' - brzydką przyjaciółką June. Po wielu perypetiach główny bohater dochodzi do wniosku, że to nie Christabell jest jego miłością, a June.

Lekki i przyjemny film, idealny na jedną z leniwych niedziel. Fabuła nie jest nie wiadomo jak rozbudowana, jedna z bohaterek przeobraża się z brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia i to tyle :P

Ocena: 7/10


Bejbi Blues

Recenzja:

Zacznę chyba od tego, że ten film porządnie mną wstrząsnął. Takie sytuacje, jakie miały miejsce w Bejbi Blues mogą wydarzyć się w życiu codziennym bez względu na to, jak dobrym czy złym człowiekiem się jest. Co prawda, dla mnie losy głównej bohaterki to istna patologia. To, w jaki sposób podchodzi do życia i to jak lekkomyślną osobą jest tylko utwierdzają mnie w tym, jak w wielkim gównie (wybaczcie określenie) utknęła. 

Zdecydowanie polecam KAŻDEMU obejrzeć i kilka razy zastanowić się nad własnym życiem. Czy chcemy skończyć tak, jak główna bohaterka, czy lepiej pewne sytuacje przemyśleć i w jakiś sposób przewidzieć. I zastanawiam się, dlaczego tyle osób wypowiada się o tym filmie w sposób negatywny pod kontem wątkowym. Moim zdaniem autorka porusza ważne kwestie, więc jeszcze raz polecam.

Ocena: 10/10

Niecne uczynki

Recenzja:

Typowa szkoła średnia z typowymi podziałami na warstwy społeczne. Ważniak, kapitan drużyny footballowej terroryzuje słabszego ucznia. Wtedy Zach staje w jego obronie i wyzywa Lawtona do gry w 'niecne uczynki', która polega na wykonywaniu absurdalnych zadań zapisanych na pergaminach sprzed 'x' lat.

Lekki film, dobra komedia, dla fanów filmów o szkolnych perypetiach jak najbardziej na plus. Mnie jednak trochę nudził, niby coś się działo, ale chyba wyrosłam z tego typu filmów.

Ocena: 6/10

Zupełnie jak miłość


Recenzja:

Dla fanek Ashtona Kutchera nie będzie to jakieś 'łał', bo w tym filmie (o dziwo!) nasz bożyszcz nie ściąga  co chwilę koszulki i nie pokazują go w nieskończonej ilości scen seksualnych. Fajnie było go zobaczyć w takiej wersji typowego chłopca (w dzisiejszych czasach 'lamusa') próbującego poderwać zbuntowaną Emily.

Motyw tego filmu jest dość interesujący, bo bohaterowie urywają ze sobą kontakt praktycznie po każdym spotkaniu. Warto oczywiście wspomnieć, że każde ich spotkanie to małe rande vou kończące się w sypialni (oczywiście w filmie tego nie pokazują). Na szczęście cała znajomość przeradza się w miłość i film jest zakończony typowym 'happy endem' :)


Podryw na głupka


Recenzja:

Adam, szkolny podrywacz obiera sobie na cel byłą dziewczynę swojego rywala - Molly. Ta odrzuca jego zaloty i nie okazuje mu zainteresowania do momentu, kiedy chłopak nauczy się, jak być gentelmanem. Można powiedzieć, że są w sobie głęboko zakochani, kiedy pewnego dnia Adam spotyka w domu Molly jej byłego chłopaka i postanawia ją rzucić. Przy pomocy przyjaciół dowiaduje się jednak, że popełnił błąd i próbuje wszystko naprawić.

Fajny romans z elementami komedii na luźną niedzielę, albo zwykły dzień tygodnia, kiedy mamy ochotę na dobre love story :)

Ocena: 7/10

John Thucker musi odejść


Recenzja:

Pewnie każda z nas zna to uczucie, kiedy chłopak-marzenie porzuca nas, a my tonące w rozpaczy chwytamy po kubek lodów i Nutellę. A zastanawiałyście się kiedyś, jak może czuć się taki chłopak, kiedy dziewczyna potraktuje go jak śmiecia? Jeżeli nie (i nawet jeśli tak), to warto, żebyście zobaczyły, jak dziewczyny potrafią się zemścić i obmyślić plan idealny. Gorzej jest, kiedy jedna ze stron angażuje swe uczucia i sytuacja przestaje być zabawna. 

Ten film to zemsta Heather, Beth, Carrie i Kate na Johnie Thuckerze, który łamie serca wszystkim dziewczynom w szkole i czerpie z tego ogromną satysfakcję. Jeżeli lubicie tego typu filmy, to ten jest idealny!

Ocena: 9/10

Ramona i Beezus


Recenzja:

Kto nie słyszał o tym filmie zapewne nie wie, kim jest Selena Gomez. Jednak Ci, którzy wiedzą, to powinni też słyszeć o tym przyjemnym filmie rodzinnym opowiadającym historię dziewczynki Ramony, która próbuje zrozumieć ten dorosły świat. Wielokrotnie czuje się źle, bo porównuje się ją do siostry Beezus, która wiedzie prym w szkole i określa się ją, jako 'najlepszą'. Wiele zdarzeń i przykrych sytuacji powodują wzmocnienie więzi rodzinnych, przez co Ramona czuje się wyjątkowa.

Bardzo fajny, lekki film. Ani nudny, ani nie ma bardzo rozbudowanej fabuły. Warto obejrzeć i przemyśleć kilka aspektów patrząc na własną rodzinę.

Ocena: 8/10

Pokój na czacie


Recenzja:

Ten film podobno jest światową odpowiedzią na naszą Sale Samobójców - bull shit! Jedyne, co łączy go z polską produkcją jest to, że akcja rozgrywa się w tzw. internetach. Całość filmu jest o tyle ciekawa, że każdy pokój czatu faktycznie przedstawiono jako pokój. Z takiej perspektywy widzimy, jak bohaterowie zapoznają się ze sobą i wspierają.

William, bohater, który założył pokój 'Chelsea teens' wydaje się być, z pozoru osobą pomocną i przyjazną, zawsze wspierającą i wiedzącą najwięcej - czyli będącą najbardziej doświadczonym. Kiedy udaje mu się poznać członków swego chatroomu postanawia zająć się jego najsłabszym ogniwem i wykończyć go tak, jak inne swoje ofiary. Polecam obejrzeć - mnie osobiście ten film "przeorał" mózg na prawo i lewo, ale właśnie dlatego bardzo mi się spodobał.

Ocena: 9/10

Ani słowa więcej


Recenzja:

Eva to piękna masażystka, która ma córkę i wydaje się być szczęśliwą, jednak okazuje się być bardzo samotną i opuszczoną. Na bankiecie poznaje Alberta, który nie grzeszy urodą, lecz urzeka ją swym poczuciem humoru. Postanawia się z nim spotkać, a ich relacje stają się najlepszym, co ją w życiu spotkało. Wydaje się być pięknie, ale pomyślcie, jak ciężko musiało jej być, kiedy jej klientka opowiadając o swym okropnym ex-mężu mówi tak naprawdę o Albercie.

Przyjemny do obejrzenia, chociaż pewne momenty były do przewidzenia. Ten film nie wymaga od widza wielkiej wyobraźni na temat tego, co może dziać się dalej.

Ocena: 7/10

Czy ktoś z Was już widział te filmy? Co sądzicie? A może wolicie zupełnie inne gatunki filmów? Ja osobiście wolę się śmiać, lub płakać, niżeli sikać w majtki ze strachu...
Buźka!


P.S. Kurczę, nie wiem, czy się doczekam zdjęć ze studniówki. To chyba jasne- fotograf ma zapłacone, więc nigdzie mu się nie śpieszy, ale to, że chcielibyśmy mieć już pamiątkę, to chyba ma w poważaniu... ;/ Jednak, gdyby ktoś był ciekawy, to na moim instagramie wrzuciłam jedno zdjęcie robione cegłą krótko przed wyjściem, więc możecie chociaż kawałek mojej kreacji zobaczyć :)

niedziela, 2 lutego 2014

Tak bardzo Firmoowo

Hej, hej!
Wybaczcie, że tyle musieliście czekać na post, ale wymagane były zdjęcia w HD, więc musiałam sobie radzić i kołować aparat od znajomej.



Tytuł sam wskazuje, że właśnie rozpoczęłam współpracę z Firmoo! Cieszę się, gdyż jest to moja pierwsza współpraca z jakąkolwiek firmą. Sam fakt, że z Firmoo współpracują bloggerki, które są w blogosferze o wiele, wiele dłużej oraz mają setki obserwatorów świadczy o tym, że czuję się w jakiś sposób wyróżniona :)

Przejdźmy do mojej recenzji. Na początek o konwersacji z panią Laurą, która wydaje się być bardzo sympatyczną osobą. Pomogła mi, kiedy miałam dość poważne wątpliwości co do wyboru szkieł, gdyż okulary wybrałam słoneczne. Po ustaleniu wszelkich danych i złożeniu zamówienia dostałam kilka maili informujących o tym, co dzieje się aktualnie z moją paczką. Wtedy po okresie 11 dni kurier zapukał do drzwi.

Paczka wyglądała tak, jak zazwyczaj:



Wydawało mi się, że niektóre blogerki przesadzają, ale muszę przyznać, że opakowanie, jak i etui i same okulary śmierdziały chiną. Troszeczkę się zawiodłam, bo spodziewałam się, że każda para okularów jest przemyślana, dokładnie dopasowana do klienta, jednak odczuwam masówkę i to na dość sporą skalę - szkoda.
Okulary, które zamówiłam są przeciwsłoneczne, bo właśnie takie mi się przydadzą:


W środku znalazłam:




Okulary (rzecz jasna), dwa etui - w miękkiej i twardej oprawie, ściereczkę do czyszczenia szkieł oraz śrubokręt. Trzeba przyznać, że się postarali wysyłając tak duży zestaw. Mój okulista dał mi tylko miękkie etui i to jeszcze z bólem serca (serio?)

A okulary na mnie wyglądają mniej więcej tak:




I co sądzicie o firmoo? Ja jestem zadowolona z okularów, jednak mam wrażenie, że szerokość rozstawu szkieł jest jakby przeznaczona dla małego dziecka (są dość wąskie). Mam nadzieję, że ich nie rozciągnę! 

Gdyby ktoś chciał rozpocząć współpracę z firmoo.com, zachęcam do odwiedzenia TEJ STRONY!

Buuuuzi! :*



sobota, 25 stycznia 2014

Baby it's cold outside!

Cześć!
Wybaczcie, że tutaj posty są tak rzadko, ale staram się jak mogę! Nie chcę pisać byle jakich postów o byle czym, więc stawiam na jakość, nie na ilość.
Temat notki nie do końca wskazuje o czym dzisiaj się wypowiem, więc żeby rozwiać wszelkie wątpliwości, dzisiaj będzie o mojej 'skin care routine ' :) 
Jak wszyscy dobrze wiemy, teraz, kiedy jest ponad -18st. na zewnątrz, nasza skóra wręcz błaga o nawadnianie i nawilżanie. Nie jest to lato, więc wody dostarczamy jej pijąc i myjąc się. Niestety, zimą nie wystarcza typowe 'pluskanie' w wannie. 
Pokażę wam kilka produktów, z którymi zwalczam chłody i mrozy.

Twarz:

Przed nakremowaniem, zawsze skóra powinna być oczyszczona z niedoskonałości. Dla przypomnienia: nawet, gdy jesteście strasznie zmęczone, zawsze pamiętajcie o zmywaniu makijażu. Podczas snu, nasza skóra regeneruje się, dlatego potrzebny jest jej dostęp do tlenu. 
W tym celu używam GARNIER SKIN NATURALS Czysta Skóra 3w1 (dla cery tłustej i mieszanej z tendencją do niedoskonałości).


Od producenta: Gama Czysta Skóra została specjalnie stworzona, aby pomagać zwalczać niedoskonałości i redukować nadmiar sebum. (...) Czym się wyróżnia? Używa się go zarówno jako kremu myjącego, jak i peelingu oraz maseczki.
Ode mnie: Mamy trzy warianty, ja używam go jako peelingu i moja skóra zawsze jest (po takim zabiegu) miękka i oczyszczona. Czy zauważyłam zmniejszenie sebum? Tak! Nie spodziewałam się, że po tak krótkim czasie zauważę pozytywne rezultaty (używam go ok.2 tyg.) Jestem mile zaskoczona i polecam z czystym sumieniem :)
Po oczyszczeniu skóry czas na odpowiednie nawilżenie z CERA SOLUTIONS krem do skóry trądzikowej.


Od producenta: krem nawilża, reguluje wydzielanie sebum i matuje skórę; poprawia wygląd skóry ze skłonnością do wyprysków; szybko się wchłania, nie zatyka porów; nawilża, łagodzi i regeneruje.
Ode mnie: Może moja skóra jest odpowiednio nawilżona, tak jak potrzebowałam, ale ten krem na pewno jej nie zmatowił. Czy dzięki niemu zmniejszył mi się trądzik, lub ilość wyprysków? Możliwe, że przyczynił się do tego, jednak wiem, że w tym czasie chodziłam na solarium i uważam, że to głównie przyczyniło się do zmian. Polecam tylko pod względem nawilżenia i tego, jak miękka jest po nim skóra.

Kiedy mamy skórę 'z głowy', czas na nawilżenie ust, które o tej porze roku bardzo dużo od nas wymagają. Jeszcze nie spotkałam osoby, która nie miałaby spękanych lub lekko wysuszonych warg. Ja dbam o swoje przy pomocy WAZELINY białej.



Od producenta: Wazelina do farmaceutycznej czystości posiada szereg cennych właściwości ochronnych dla skóry. Nawilża, łagodzi podrażnienia. Tworząc warstwę izolacyjną chroni usta, ręce przed wysuszeniem i nie dopuszcza do tworzenia suchego, łuszczącego się naskórka. Doskonale zabezpiecza przed wpływami czynników atmosferycznych. Idealna do pielęgnacji cery suchej, wrażliwej, skłonnej do podrażnień.
Ode mnie: Dużo mówić nie muszę- wazelina robi swoje, leczy rany na spękanych ustach, koi (możliwy)ból i szybko je regeneruje. Nic dodać, nic ująć :)

Ciało:

Po kąpieli nasze ciało woła o więcej i więcej, zatem aby dostarczyć odpowiedniej ilości nawodnienia, sięgam po DECUBAL CLINIC CREAM odżywczy i nawilżający krem do skóry suchej i atopowej (niestety bezzapachowy) 


Od producenta: Krem nawilżający i odżywczy zawierający naturalne lipidy, przeznaczony do pielęgnacji skóry suchej i atopowej.
Ode mnie: Choć skóry suchej nie mam, to nawilża ją dobrze. Jedyny minus tego balsamu jest taki, że zostawia tłustą warstwę na bardzo długo.

Dłonie:

Szczególnie Nasze dłonie wołają 'WODY!' w te dni, dlatego powinniśmy pamiętać również o tych partiach skóry, które chowamy pod rękawiczkami. Do tego służy mi CINDY krem do rąk (z witaminą A+E)



Od producenta: Krem glicerynowy z silikonem, bogaty w składniki odżywcze dla skóry rąk. Doskonale nawilża, natłuszcza i łagodnie rozjaśnia naskórek. Łatwo wchłania się w skórę. Chroni przed niekorzystnym działaniem czynników zewnętrznych.
Ode mnie: Zgadzam się z wszystkim, o czym producent wspomniał. Poza działaniami, ma piękny, czysto kremowy zapach, dlatego jest moim ulubieńcem do rąk.

A Wy, jak dbacie o są skórę zimą? Muszę się przyznać, że do tego roku nigdy nie dbałam o skórę. Widzę jednak, że z wiekiem wymaga ona ode mnie coraz więcej, dlatego od teraz poświęcam jej większą uwagę :)
Buźka!


P.S. Nawet nie zauważyłam, bo to wydaje się mało na tle innych blogerek, których blogi czytam i obserwuję, ale bardzo dziękuję za ponad 10 tysięcy wyświetleń i prawie 40stu obserwatorów! 
Cieszę się, że doceniacie moje starania :))

środa, 15 stycznia 2014

Studniówkowe Love?

...a może totalne nieporozumienie i strata czasu?

Jak się domyślacie, dzisiaj prawić będę o studniówkach, albowiem za dwa dni czeka mnie ta impreza i nie mam pojęcia, czy z tego tytułu powinnam się cieszyć, czy płakać. Pomijając już fakt, że jest to impreza na jedną noc, a szykujemy się kilka tygodni. Do tego dochodzą niezliczone koszta za sukienkę, buty, makijaż, fryzjera, manicure, dodatki oraz (rzecz jasna) samą studniówkę. Możemy się tutaj wykosztować nawet za 1000 złotych (niektórzy to przynajmniej za tyle), a nie raz i tak impreza okazuje się klapą i mamy ochotę stamtąd uciec. Pytanie: czy warto - wcale nie jest tak proste, jakby się wydawało.

Należy przede wszystkim rozważyć powyższe czynniki, czyli czas przygotowań, kwotę, prawdopodobieństwo czy impreza będzie udana oraz (chyba najważniejsze) czy idziemy sami, czy z partnerem. Ostatnie wydaje się oczywiste, bo przecież jak można iść na studniówkę solo? No, można. Jeżeli ma się chłopaka/dziewczynę, to rozwiązanie proste, bo tę drugą połówkę ze sobą zabieramy. Nawet w sprawie kosztów, nasz partner/ka zawsze może za siebie wyłożyć, a my możemy zwrócić później (lub nie ;P). Kiedy jednak nie mamy swojej drugiej połówki, zaczynamy chwytać się pierwszej lepszej deski ratunku. Tylko po co? Dwie alternatywy: bulić za 'kolegę', którego nie będzie można na chwilę zostawić samego, bo będzie się nudził, lub nie brać nikogo i zaoszczędzić pieniądze. 

Mój wybór to iść na studniówkę (bo jest raz w życiu!) i to solo. Dlaczego? Nie widzę sensu w braniu kolegi/znajomego i płaceniu za niego tylko po to, żebym potem nie mogła czuć się swobodnie i musiała spędzić z nim cały wieczór. Mówi się, że nawet branie swojego chłopaka/dziewczyny nie jest dobrym rozwiązaniem, kiedy owa osoba nie jest obeznana w towarzystwie. Pomijając już kręgi towarzyskie, partner sam się nie opłaci. Już i tak duża sprawa, bo musi załatwić sobie garnitur, a gorzej, kiedy mamy partnerkę i musi ona się wyszykować tak, jak inne panny na studniówkę.

Nie wrzucę teraz zdjęć sukienki, będzie to moja tajemnica aż do piątku. Zamiast tego zamieszczam zdjęcia moich butów i paznokci :



























Zdjęcie paznokci jest zamazane, ale są one w naturalnym kolorze płytki z delikatnym brokatem. Buty widzicie w całej okazałości z każdej strony. Są mega wygodne, ale nie wiem czy wytrzymam w nich choćby godzinę. Nie umiem chodzić w butach na obcasach i chyba nigdy się nie nauczę, więc ogromne wyzwanie przede mną.

Pro po studniówki, kto z Was wierzy w zabobony? A może znacie jakieś fajne tradycje? O podwiązce wiadomo, wiem też, że muszę mieć coś czerwonego (i tą samą rzecz muszę mieć na maturach), słyszałam też o tym, by nie ścinać włosów w czasie od studniówki do matur. Znacie więcej? Jestem strasznie ciekawa! Dajcie znać :)

niedziela, 5 stycznia 2014

Pędzle do makijażu Elite

Hej mordki!

Dzisiaj recenzja pędzli od Elite, a mianowicie pędzla do pudru oraz do różu/brązu. 
Piszę o tym, bo poprosiła mnie jedna z obserwatorek i uznałam to za dobry pomysł.
Dlaczego? Bo nie każdego stać na pędzle od MAC czy HAKURO, a warto pokazać coś, co mogłoby być odpowiednikiem.
Tymi pędzlami powinny być zachwycone zwłaszcza osoby początkujące, takie jak ja. Do tej pory używałam tylko gąbek dołączonych do produktu lub małych pędzelków przypominających te do farbek akwarelowych :) Nabył je mój ŚM w Rossmanie (widziałam je tam na 100%!)

Dołączam ich zdjęcia i leeeecimy :

Tak sie prezentują (od lewej) : pędzel do pudru  oraz do różu/bronzera.
A teraz po kolei, osobna recenzja:

Nie miałam nigdy żadnego pędzla do różu, więc nie mam odniesienia, czy porównania. Uważam jednak, że dobrze rozprowadza produkt na skórze, nie osypuje go i nie oprusza. 
Pędzel ten jest bardzo mięciutki w dotyku i jest delikatny dla skóry. Nie zauważyłam u niego wypadającego włosia, a odkąd go używam (dość krótko) prany był kilka razy. 

Podobnie jak z pędzlem powyżej - nigdy nie używałam pędzli do nakładania pudru. I również, dobrze rozprowadza produkt i nie osypuje go. 
Włosie jest miękkie, prany był również wielokrotnie, ale tutaj pojedyncze włoski wypadły mi co najmniej 4 razy. Może to felerny model, a może one takie już są i prędzej czy później się rozlatują. Pożyjemy, zobaczymy.

Na dzień dzisiejszy jestem zadowolona z aplikacji tymi pędzlami i jako, że kosztują niewiele, to można sobie pozwalać nawet na częstą ich wymianę. :)



***

A teraz trochę muzyki, bo dawno nic nie wrzucałam, a przecież codziennie ładuję sporą jej dawkę :)
Łapcie!



A tymi dwiema dziewczynkami zainteresowała się sama Beyonce! Cudne głosy :)


To tyle na dziś, trzymajcie się ciepło, a ja wracam do pracy nad maturą ustną z języka polskiego. Ehh tyle roboty... :(
Buźka!

czwartek, 2 stycznia 2014

Balea - dlaczego nie kupię

Hej hej hej!

Długo we wstępie nie będzie, bo chcę przejść od razu do rzeczy.
Chciałam tylko życzyć Wam DO SIEGO ROKU! :)



Produkty od firmy Balea (od lewej) : odżywka do włosów, szampon i żel pod prysznic.
Żeby nie zanudzać, przejdę do sedna.

Zapach : odżywka pachniała odżywką, nic specjalnego w niej nie wyczułam ; szampon pachniał pięknie figą, utrzymywał się dość długo na włosach za co dostaje plusa ; żel pod prysznic powalił mnie na kolana swoim zapachem - jagody, jagody, jagody! żyć nie umierać! niestety po kąpieli nie było go czuć w ogóle na skórze

Wydajność : produkty dotarły do mnie 16 grudnia i od tego dnia były używane codziennie w dużych ilościach aż po dzień dzisiejszy (tak, dokładnie przed chwilą wyrzuciłam puste butelki) - nie wiem czy taka wydajność jest na plusie, bo wychodzą mniej więcej dwa tygodnie, ale muszę dodać, że zawsze nakładam dużo produktu, zatem dla oszczędnych pewnie rozciągnie się to na ok.miesiąca

Konsystencja : odżywka miała konsystencję moim zdaniem prawidłową - taką, jaką odżywka mieć powinna ; szampon był zbyt płynny, nie wiem co było tego przyczyną, ale nie spodobało mi się to ; żel, podobnie jak szampon zbyt wodnisty, ciężko z utrzymaniem produktu w ręce i bezpiecznym nałożeniem na daną część ciała (po drodze ZAWSZE coś mi gdzieś wyciekało)

Działanie : Tutaj pozwolę sobie na większe opisy, choć nie mega obszerne. 

Odżywka nie spełniała swej roli absolutnie. Włosy nie były gładkie, nie były świecące czy miękkie w dotyku. Miałam też problem z rozczesywaniem tych, powstałych w trakcie użytku drutów...

Szampon to w ogóle jaja. Takiego tapiru na głowie nie miałam NIGDY! Druty, druty, druty. Tym bardziej odżywka nie pomogła, bo po co... Co z tego, że ładnie pachniał, skoro miałam objętość włosów tak podniesioną, że nie wiedziałam, czy upodabniam się do Hermiony Granger czy do Króla Lwa...

Żel pod prysznic mył. I spełnił swoją rolę jeżeli chodzi o to. Zapach się nie utrzymywał na ciele, a konsystencja pozostawiała wiele do życzenia. No i wodę barwił na niebiesko, ale to bez znaczenia :)

***

Podsumowując : nie kupię, bo średnio mi się widzą produkty, które nie robią nic specjalnego, a co gorsza, szamponom z biedronki do pięt nie sięgają. 

Są to jednak opinie tylko moje i bazowane na testach przeprowadzonych przeze mnie na moich włosach, dlatego Tobie mogą służyć, a Twojej koleżance nie. Mimo wszystko do kupna nie zachęcę nikogo.

Pozdrawiam, buźka! :)