poniedziałek, 3 marca 2014

Top 10 hitów internetu

...czyli moja krótka lista przebojów internetu, które utkwiły mi w pamięci. Filmiki, które rozbawiły mnie do łez oraz takie, które wymagały trzymania miski na kolanach. Zapraszam do oglądania :)

#1 Szczyt wampiryzmu
Nie, nie musicie tego oglądac. Sama ledwo dałam radę, ale mam mocne nerwy, więc mało co wywołuje u mnie odruch wymiotny. Dla tych, którzy się boją włączyc: nastolatka Giovanna Plowman, nie wiadomo skąd, lecz wiadomo gdzie (bo w łazience) bawi się w wampira, wysysając krew z własnego tampona. Dum dum dum... 

#2 Schlej się, a osraj się
Czyli o piwnym, facebookowym wyzwaniu, które polegało na wychlaniu (inaczej tego nazwac nie mogę) kufla piwa i następnie nominowaniu kolejnych trzech osób do tego zadania. Wszyscy wiemy jak to wyglądało, każdy z Nas widział co najmniej jeden tego typu film.  Ja jednak spotkałam się z wyzwaniem (m.in. skierowanym do mnie), które polegało na zrobieniu 30 pompek i zjedzeniu surowego jajka. Ja nie wykonałam tego wyzwania, gdyż może jest to ciekawa alternatywa dla pakerów i siłaczy, ale jajka (w życiu!) nie zjem surowego! Widziałam również jedną dziewczynę, która w swoim filmiku ogłosiła, że 'nominatorowi' odda kratę piwa, a sama zmieniła zasady na odmówienie modlitwy. Zdecydowanie moja ulubiona alternatywa- nawet, gdy jest się niewierzącym. 

#3 Mięsnie zjesz
Mięsny jeż, mięsny jeż- Ty go zjesz, Ty go zjesz! I w roli głównej moja ulubiona kucharka, do której nie mam żadnych zarzutów- po prostu kobitę wielbię! Ale KlejNuty zrobił niesamowitą sklejkę z Kuchennych Rewolucji, więc nie czułam się ani trochę winna, że śmiałam się do rozpuku.


#4 Józek z bagien
Oj tak, to była podstawówka, miałam wtedy Motorollę z klapeczką i ten kulerski kawałek wysłał mi kuzyn przez blutacza, albo podczerwień. Rzecz jasna poszło na dźwięk dzwonka- a jak! Za dzieciaka człowiek sobie nie zdawał sprawy jaką wiochę robi odpalając takie hiciory w parku, przy ludziach. Taa.

#5 Anty-talent
Ten pan przedstawia się sam. Nic dodać, nic ująć. I tak, nabijam się. I niech ktoś mi powie, że on ma jakąś chorobę, to przeproszę go osobiście. Ale chłopaka wyśmiali wielokrotnie, a on nagrywał covery dalej. To się nazywa zacięcie! Żebym ja tyle hartu ducha miała do lektur, oj żebym miała...

#6 Kicia
Nie wierzę, że tego ktoś mógłby nie kojarzyć. Sympatyczna kicia pędząca przez kosmos przy okazji sra sobie tenczo*. Słodko. A przy okazji, puszka zrobiła zajebisty mani właśnie z tym kocurkiem, zobaczcie tutaj.

#7 Zesraj się, a nie daj się
Masz mocne nerwy? Nie brzydzą Cię obsrane gacie? Oglądaj! Ale jestem pewna, że już to widziałeś/aś. Dlatego moja rada na przyszłość- nie ma co udawać, że się umie więcej, niż w rzeczywistości. W przeciwnym razie można skończyć na youtubie ze sraką w gaciach. Amen.

#8 I jeden, i dwa, i trzy...
Na jutube, na jutube-tube-tube-tube. Jak kupisz mi dżinsy, to zrobię Ci dżinsy. HEHE. Zna to każdy, albo pierwszą, albo drugą czy trzecią część, a może nawet i wszystkie. A jak nie znasz, to oglądaj- kiedyś ludzie się z tego śmiali. Teraz może polska hipsterka uznałaby to za passe i zwyczajnie zlała gęstym moczem.

#9 Oj, nie radzę
Kojarzycie gościa? Dobre filmiki robił (szkoda, że już nie), głównie te, w których prawił czego robić nie należy. Między innymi czego do kobiet mówić nie wolno. Damianero, jeżeli to czytasz- pamiętamy.

#10 F*ck!
No dobra, jestem wredna. Nabijam się. Ale z drugiej strony podziwiam dziewczynę, no bo tyle zacięcia ma w sobie. Za wszelką cenę próbuje przekonać i siebie, i Nas, że śpiewać potrafi (na moje coś by się z niej wyskrobało). Urzekło mnie to f*ck na 0:23- polecam!


Tak wygląda właśnie moja lista hitów/kitów internetu w przeciągu ostatnich lat.
A Wy, jakie macie swoje ulubione hiciory internetu? Moja lista jest w miarę długa, ale spokojnie znalazłoby się więcej. Podrzucajcie swoje propozycje w komentarzu. Buźka!


*tak wiem, że powinno być tęczą, ale jakoś tamta wersja bardziej pasuje.

niedziela, 23 lutego 2014

Sunday-Funday

Hej kochani!
Dziś mamy niedzielę 23-ego lutego, nie mam ochoty na pisanie recenzji jakiegoś kosmetyku, chociaż nawet wiem o czym mogłabym napisać i z braku pomysłu na jakikolwiek luźniejszy, niedzielny post zdecydowałam się na małe przed-maturalne rozważania, czyli o tym co robić powinnam, a czym tak naprawdę się zajmuję i jak czuję się z tym wszystkim...

Zacznę może od czasu, jaki mi pozostał, bo są to AŻ dwa miesiące i 9 dni. Żartowałam z tym aż, chciałam użyć słowa TYLKO, żeby dodać dramaturgii, bo tak naprawdę jestem głęboko w dupie i daleko w polu. Za przeproszeniem. Ile mogę przygotowywać się do matury ustnej? Miesiąc? Tydzień? Bo jakąś wiedzę do mojego tematu o SARMATYZMIE (jaka ja jestem głupia...) posiadam od dłuższego czasu, byleby tylko co nie co podrasować to, co już wiem i ładnie obramować. Ale to tylko ustna, nią się nie martwię, bo przecież jestem najbardziej rozgadana, zawsze wszystko załatwiam i potrafię wybrnąć z najtrudniejszej sytuacji. 

Gorzej natomiast wypadam pod względem pisania testów i tworzenia prac. Niby piszę bloga, niby pisałam opowiadania i jakoś bliżej mi było do humanistki niżeli do matematyka, teraz zaś maturą z matematyki się nie martwię, za to tą z języka polskiego- bardzo. Gdy myślę o ostatniej części matury, dopada mnie tego typu stres, że "A co, jak dadzą Lalkę?", bo przecież motywy z lalki są (praktycznie) co rok, dwa. A ja z "Lalką" nie zamierzam się zaprzyjaźniać, nigdy nie czułam do niej większego pociągu, dlatego zapewne jej nie przeczytałam (tak jak innych lektur, ale o tym potem). 

Niektórzy nauczyciele zauważyli u mnie typowe symptomy przed maturalne: problem z koncentracją czy zapamiętywaniem informacji. Wszystko co ładuję do głowy ucieka nie wiadomo gdzie. Ktoś mi powiedział, że najzwyczajniej jestem przeładowana, przesycona i zapełniona po brzegi tym wszystkim. A ja wciąż czuję, że niewiele wiem. Do tego dochodzi stres, którego nie odczuwam psychicznie, a fizycznie (nerwobóle)...

I tak siedzę w domu lub u chłopaka i myślę o tym ile czasu zostało. Chcę mieć to już z głowy bez względu na wyniki. I teraz najlepsze: zamiast powtarzać, uczyć się czegokolwiek, tak jak się zarzekałam w ubiegłe wakacje- nie robię nic, a nic. Na ferie kupiłam specjalny zeszyt, w którym miałam notować informacje o lekturach. Nawet zaczęłam i omówiłam sobie dokładnie 3 lektury, w spisie maturalnym jest ich koło trzydziestu. Fajnie, bardzo mądrze Klaudia. Ale takie gadanie i użalanie się nad sobą nic nie da. Teraz, kiedy dla mnie zostało tak niewiele czasu próbuję ratować młodszych kolegów z siłowni i mówię im "Pamiętajcie, czytajcie lektury! Oszczędzicie sobie chociaż trochę stresu przed maturą z polskiego". Dlatego zdecydowałam, że codziennie będę czytać wszelkie informację o jednej lekturze. Ale od jutra. Albo po-jutra. Lub po-po-jutra. Jak kto woli. 

I znając mnie, tak jak się zawsze zabieram do wszystkiego i zostawiam na ostatni moment, tak samo będzie z moimi przygotowaniami. No cóż, ratuje mnie jedynie to, że zawsze słuchałam na lekcjach co nauczyciel miał do powiedzenia i całkiem możliwe, że po przeczytaniu jakiegoś fragmentu coś mi się przypomni. Co prawda, na maturach próbnych tego widać nie było, to jednak uważam, że na ostatecznym egzaminie dam z siebie 100%. Albo 200. Nie ważne. 

Pokładam głęboką nadzieję w mojej wiedzy, która wydawać się może dość uboga. Nadzieja matką głupich, jednak pozostaje ostatnia i właśnie z takim mottem zamierzam przystąpić do egzaminu maturalnego. Nie tylko nadzieja jest głupia, ale i ja jestem głupia. Zamiast odłożyć bloga i facebooka na kiedy indziej i wziąć się za lektury, to siedzę i piszę post o niczym, którego pewnie nikt w całości nie przeczyta (bo po co?). Ale piszę to sama dla siebie, bo mam potrzebę wypowiedzieć na głos, że głupstwa czynię i przygotowana do matury nie jestem. Mimo wszystko wierzę w siebie i liczę na to, że będzie dobrze. 

I takim optymistycznym akcentem zakończę moje wywody o tym co robię, a co robić powinnam i pragnę tylko oświadczyć, iż chciałabym, aby wszyscy tegoroczni maturzyści napisali matury dobrze (lub wystarczająco). Życzę im tego z całego serducha, zwłaszcza tym, którzy CZYTALI LEKTURY, nie STRESZCZENIA (jak ja). Trzymajcie się ciepło w tę słoneczną niedzielę :)

P.S. Macie dla mnie jakieś rady przed-maturalne? Może kilka słów otuchy? I proszę, nie mówcie mi "co to matura- zobaczysz na studiach czym jest prawdziwy stres", bo słyszę to z każdej strony.

środa, 19 lutego 2014

I ♥ READING

Cześć kochani!
I ponownie przepraszam za tak rzadko dodawane posty. Niestety matura się zbliża i prawdopodobnie wiele osób z tego powodu blogowanie by zawiesiło. Ja jednak się nie poddaję, bo skoro mam czas na facebooka, to równie dobrze mogę pisać posty :)

Książki, książeczki, książunie... Nie ważne jak zwał, ważne, że uwielbiam czytać. Ubóstwiam to pod każdym względem, o ile jest to w postaci książki, a nie strony www czy ebook'a. I w przeciwieństwie do typowych nastolatek (np. moich koleżanek z klasy) totalnie nie kręcą mnie romansidła, bo idzie przy nich usnąć- a nie o to mi chodzi. Za to bardzo lubię kryminały i książki, gdzie dzieje się dużo, a czytelnik wie niewiele i musi się większości domyślać, żeby na koniec powiedzieć sobie "Wiedziałam!" :) 

Z tejże okazji, że bardzo lubię tę czynność wykonywać, zdecydowałam się na krótką listę książek, które przeczytałam w ostatnim czasie. Wśród nich znajdują się głównie kryminały, ale jest też jeden horror i jedna książka, której gatunku po prostu określić nie potrafię (domyślicie się która :)) 


Camilla Läckberg Księżniczka z lodu

Zaczynając od autorki, która nie dość, że urodą nie grzeszy, to jest jedną z lepszych pisarek kryminałów w Szwecji. Szybko zdobyła uznanie na całym świecie. Księżniczka z lodu to książka, która zaskakiwała mnie i wciągała z każdym nowym zdaniem. W skrócie: Erika powraca do Fjalbacki, gdzie dowiaduje się o śmierci swej przyjaciółki z dzieciństwa- Alex. Śmierć dziewczyny nie daje jej spokoju i wraz z miejscowym policjantem postanawia dokonać śledztwa w sprawie morderstwa znajomej.


Erica Spindler Krwawe wino

Na wstępie muszę orzec, iż książkę tą czytało mi się ciężko (z początku). Później, jak domyśleć się można, przeczytałam ją w mgnieniu oka. Jest to kolejny kryminał, który wpadł mi w ręce w prezencie. Opowiada historię Alexandry, której śnią się dość nietypowe rzeczy i kiedy jej matka popełnia samobójstwo, dziewczyna odkrywa, że sceny, o których śniła, to tak naprawdę obrazy z przeszłości. Tytuł książki jest ściśle powiązany z wydarzeniami dawnymi, kiedy mama Alex była w jej wieku.


Susan Hill Kobieta w czerni

To jest jedyny horror, który zobaczycie na mojej liście. Nie lubię horrorów, ale ta książka wciągnęła mnie zdecydowanie za szybko i nawet nie zdążyłam przetworzyć tych obrazów, które mogłyby śnić mi się po nocach. Anyway, Arthur Kipps to notariusz, który jedzie na pogrzeb właścicielki domu na Węgorzowych Moczarach. Wszystko wydawałoby się całkiem w porządku, gdyby nie ukazała mu się kobieta w czarnej sukience. Zupełnie nieświadomy wydarzeń z przeszłości bohater odwiedza opuszczony dom i okoliczne bagna by wkrótce dowiedzieć się, czego symbolem jest objawienie kobiety w czerni.



J.K. Rowling Harry Potter i insygnia śmierci

I niech mi ktoś powie, że nie wie kto to Harry Potter. O nim słyszeli wszyscy i jestem tego pewna w 100%! Insygnia śmierci to ostatnia i jedyna część, jaką przeczytałam- pozostałe, rzecz jasna obejrzałam w kinie. Nie żałuję, że przeczytałam tę książkę (ze trzy razy) i później obejrzałam film, bo miałam porównanie i wiedziałam, czego zabrakło, a co dodano w filmie. Jednak polecam mimo wszystko najpierw czytanie książek, później oglądanie ekranizacji- na pewno nie odwrotnie :)


E.L. James Pięćdziesiąt twarzy Greya

Ta książka nie potrzebuje większego przedstawienia. Ta książka jest wszystkim (albo większości) w pełni znana, lub chociaż o niej słyszano. Anastasia Steele poznaje Christiana Greya podczas wywiadu, który przeprowadza w zastępstwie za swą przyjaciółkę. Wkrótce pomiędzy dwojgiem bohaterów powstaje romans, który w kolejnych etapach przekształca się w listę obowiązków oraz zakazów i nakazów. Czy coś pominęłam? Oh, tak- pan Grey to erotoman, który ma obsesję na punkcie ogólnej kontroli i podporządkowania. To chyba tyle, a kto nie czytał, niech czyta czym prędzej- niektóre opisy scen przyprawiają o przyjemne dreszcze :)


Listy miłosne

Specjalnie nie podałam autora, bo autorów widać na okładce, a jako, że jest ich dość sporo, to nie warto to przepisywać. Tak jak tytuł mówi są to listy miłosne, ale nie takie typowe, bo to listy np. od wiernej słuchaczki do ukochanego muzyka/śpiewaka. Nic więcej nie powiem, bo już zwyczajnie zapomniałam jaka jest jej treść. Wiem jednak, że warto ją przeczytać, bo czasem cudze uczucia pomagają nas naprowadzić na nasze własne.

A Wy? Co lubicie poczytać? Macie jakieś swoje ulubione książki? A może wolicie filmy i ekranizacje?
Dajcie znać! Buźka! :*